Dziewczynka o niedobrym imieniu

Marzena Dobosz

Jeżeli czytać autobiografię Andy Rottenberg jako opowieść o silnej kobiecie, odważnie mierzącej się  z lękami odziedziczonymi po przodkach, to można się zżymać na pomysły inscenizacyjne Wiktora Rubina, reżysera spektaklu Proszę bardzo. Zaskakujące rozwiązanie, by w głównej roli obsadzić nie którąś  z dojrzałych aktorek, lecz młodego aktora, może budzić sprzeciw. Może, ale nie budzi. Tomasz Nosinski – świadomie czy nie – zagrał jednocześnie i matkę,  i jej utraconego syna. Rola nie do podrobienia.

Jak pogodzić się ze stratą dziecka, nawet dorosłego? Czy to w ogóle możliwe? Anda Rottenberg w wydanej prawie dekadę temu autobiografii Proszę bardzo próbuje opisać swoje uczucia związane z zaginięciem syna, oczekiwaniem na potwierdzenie tożsamości nieżyjącego dziecka, a potem na decyzję w sprawie możliwości pochowania jego szczątków… To bardzo złożone uczucia. Niepewność, rozgoryczenie, złość na opieszałość funkcjonariuszy i bezwład instytucji. A i tak najgorsze jest czekanie. Po dziesięciu latach od zaginięcia Mateusza Anda Rottenberg postanawia wreszcie przerwać ten upiorny stan zawieszenia. Uruchamia niebo i ziemię, żeby odnaleźć syna, żywego albo martwego. Niewiedza i bezradność wyniszczają. 

Autobiografia Andy Rottenberg, pisana od wiosny 2007 do lata 2008 roku, to opis poszukiwania syna przeplatany wspomnieniami z przeszłości własnej i najbliższych. Pieczołowite odtwarzanie z nielicznych dokumentów i zdjęć burzliwej historii rodziny, doświadczonej dwoma światowymi kataklizmami, zbieranie szczątkowych relacji krewnych ocalałych z Zagłady. Wydaje się, że bohaterka chce wypełnić słowami, zagadać stratę dziecka, opowiedzieć sobie samej o sobie, choć na początku zaznacza, że nie umie robić „wypisów z pamięci”, a już zwłaszcza „z niepamięci”, w którą wpadają te „miliony chwil, najczęściej błahych dla innych i po latach także dla nas samych, zdarzeń podobnych do siebie i z sobą nieporównywalnych”. Anda Rottenberg pisze, że musi spróbować jednak zamknąć ten rozdział w swoim życiu (jak zamknęła życie ojca, życie matki, życie nieznanej rodziny z obu stron), „żeby odzyskać trochę dobroci, której źle ulokowany nadmiar stał się przyczyną tylu nieszczęść”. Musi „wysilić pamięć własnego dzieciństwa”, która jej pomoże zrozumieć, dlaczego zrobiła swojemu dziecku „to wszystko, co określa się mianem toksycznego wychowania”. Znaczące jest to, że nie obciąża odpowiedzialnością za porażki syna jego nieobecnego.

Proszę bardzo Andy Rottenberg, długoletniej kuratorki wystaw w Zachęcie i jej dyrektorki, to także odpowiedź na te wszystkie nienawistne uwagi pod jej adresem, listy „do wszystkich możliwych władz Rzeczypospolitej w sprawie zwolnienia z pracy dyrektorki żydowskiego pochodzenia” (pisane po kontrowersyjnych, zdaniem niektórych, wystawach prezentowanych w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki). Jolanta Janiczak, autorka teatralnej adaptacji tej autobiografii, postanowiła skupić się jednak przede wszystkim na historiach rodzinnych i wspólnie z reżyserem Wiktorem Rubinem pokazać na scenie – oprócz samej głównej bohaterki – tylko postaci nieżyjące: matkę, ojca, babki i dziadków z obu stron, liczne rodzeństwo rodziców, dalsze kuzynostwo, cały ten bogaty tygiel narodowościowy, językowy i religijny.

Spektakl jest wystawiany w budynku Zachęty, w którym Anda Rottenberg przez wiele lat pracowała. W pierwszej scenie Tomasz Nosinski (lekko uszminkowany, w okrągłych okularach i kapitalnym kostiumie) jako Anda Rottenberg, gospodyni galerii, wita publiczność niczym na kolejnym wernisażu. Na początku widzowie mogą poczuć się wyróżnieni, zaraz jednak aktor ściera uśmiechy z  ich twarzy, przypominając o żółtej gwieździe, z którą Anda Rottenberg wystąpiła w Zachęcie po serii ohydnych napaści, w których „prawdziwi Polacy” wypominali jej „niedobre pochodzenie”. Wstrząsająca scena, dodatkowo wzmocniona opowieścią z czasów dzieciństwa, z powojennej podstawówki, w której nauczycielka ustala narodowość uczniów, pytając ich o język ojczysty, czyli język, w którym rozmawiają z rodzicami. Anda – dziewczynka  o „dobrym wyglądzie, ale niedobrym nazwisku i niedobrym imieniu” – już na starcie miała i lepiej, i gorzej. Lepiej, bo mówiła 
 w dwóch językach: z mamą mówiła po rosyjsku, z tatą po polsku, ale też gorzej, bo podwójna tożsamość mogła być bogactwem, ale mogła być także przekleństwem decydującym o pogłębianiu odmienności i poczuciu obcości.

Główna część przedstawienia pokazywana jest w jednej z większych sal Zachęty. To z jednej strony dobry pomysł – Anda Rottenberg wraca do galerii, która dzięki niej stała się ważnym miejscem na międzynarodowej mapie sztuki. Z drugiej strony – wysokie  i puste sale wystawowe to nie jest wygodne miejsce dla teatru: trudno tu o dobrą akustykę (choć aktorzy korzystają z nagłośnienia) i bardzo mało miejsca dla widzów. Mimo to publiczność – usadzona na krzesełkach i poduszkach, przemieszczająca się w miarę rozwoju akcji – znosi te niewygody cierpliwie. Tomasz Nosinski zawłaszcza uwagę widzów bez reszty. Partnerują mu aktorzy Teatru Żydowskiego w rolach rodziców, ciotek, wujów, stryjów, niezliczonych krewnych, których pochłonęła machina Zagłady. Jesteśmy świadkami wstrząsającej zupełnie sceny opowieści o ucieczce kuzynostwa z getta i ukrywaniu się u znajomych gospodarzy. O przeraźliwym lęku. O czyhającej w każdej chwili groźbie śmierci, o kolejnych grzebanych nocą ciałach. Słuchamy Joanny Rzączyńskiej i Piotra Siereckiego poubieranych w sportowe stroje przywodzące na myśl upiorne sportowe zmagania pamiętnej olimpiady, podczas której słychać już było tupot podkutych wojskowych butów. Zaraz jednak wracamy z wojny do współczesności, żegnamy ojca Andy Rottenberg, stając przed pytaniem: na jakim cmentarzu go pochować, na żydowskim? Słuchamy opowieści o nienasyconym głodzie, którego pamięć z czasów oblężenia Leningradu organizowała życie jej matki, potrzebę karmienia rodziny, dbania o zapasy żywności, niezliczone lodówki, zamrażarki, kuchenki, zastawy, meble.

Śledzimy życie osoby, w której życiorysie zmieściłoby się kilka żyć. Siedzimy na podłodze, z sufitu zwisają – jak okazy sztuki nowoczesnej – fragmenty gipsowych stelaży, pustych niczym porzucone wężowe wylinki, ślady dawnego życia Andy Rottenberg  (w autobiografii opisuje ona swoje liczne złamania i kontuzje, które wyznaczały kolejne etapy jej życia). Na białych ścianach galerii wyświetlane są rodzinne fotografie, krajobrazy blokowisk, uspokajająca gęstwina lasów. Czasem obrazy ożywają. Pośrodku sceny stoi wielkie łóżko, zamieniające się w razie potrzeby w śmiertelne mary. Biel i pustka tej nowoczesnej przestrzeni galeryjnej robią piekielne wrażenie, zimne szpitalno-prosektoryjne światło potęguje złudzenie zawieszenia w jakimś sennym obrazie. We śnie,  z którego my możemy się jeszcze obudzić… Wychodzimy w ciszy z przedstawienia, w uszach mamy pieśń braci Gershwinów zaśpiewaną przez Tomasza Nosinskiego: „Someday he’ll come along the man I love…” – czekanie na ukochanego mężczyznę zamienia się w czekanie na syna… Jeśli oglądać spektakl Wiktora Rubina jako opowieść o niezależnej kobiecie, która niesie bagaż tragicznych rodzinnych doświadczeń, wykorzystując „kompozytowy charakter swojej tożsamości”, to możemy być pewni, że usłyszymy jeszcze: „Mimo wszystko pracuję. Znów pracuję. Nadal pracuję. Nadal żyję”.


Proszę bardzo Andy Rottenberg w adaptacji Jolanty Janiczak i reżyserii Wiktora Rubina,  Teatr Żydowski w Warszawie (spektakl grany w Zachęcie), premiera 21 czerwca 2018. Cytaty pochodzą z: Anda Rottenberg, Proszę bardzo, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2010.

© Copyright 2014