Wyszukiwanie
Anula i Lala
Zbigniew Pakuła

01
22 sierpnia 2026 roku w Poznaniu zostaną wmurowane kamienie pamięci przed kamienicą przy ulicy Mickiewicza 7 w której do września 1939 roku mieszkały rodziny Ajlenebrgów i Krasnokuckich. Z tej okazji przypominamy opowieść o Felicji (Lali) Ajlenberg i Annie Krasnokuckiej, które razem z siostrą Anny przeżyły pobyt w gettach i w obozach. Po wojnie swój nowy dom odnalazły w państwie Izrael. Reportaż, zatytułowany „Anula”, ukazał się w książce Zbigniewa Pakuły Chawerim. Poznańscy Żydzi wydanej w 2018 roku.


Do Polski z córką przyjechała w 2004 roku na uroczystości z okazji sześćdziesiątej rocznicy likwidacji getta w Łodzi. Nie spodziewały się takich tłumów. Przyjechało ponad pięć tysięcy osób, a ich, ocalonych, było półtora tysiąca. Uczestniczyły w marszu pamięci z cmentarza żydowskiego do stacji Radegest1. Wzruszone słuchały przemawiającego na cmentarzu Eliezera Zyskinda, gdy opowiadał o swoim życiu w getcie, jak na cmentarzu przez kilka dni ukrywał się z rodziną wśród nagrobków, aby uniknąć wywózki. „Najgorsze były ulewy, które przemoczyły nas do szpiku kości” – mówił. A gdy wspominał dni szpery2 z 1942 roku, głos mu się łamał: „Żydom kazano wydać wszystkie dzieci. Widziałem wozy z dziećmi w najlepszych świątecznych ubrankach. Dziewczynki miały we włosach kolorowe wstążki. Myślały, że wiozą je na uroczystość. Teraz przybyliśmy tu z różnych stron świata spełnić testament naszych przodków”.
Uroczystości trwały trzy dni. Anna z córką Elżbietą uczestniczyły w koncercie kantorów występujących z Chórem Wielkiej Synagogi Jerozolimskiej. Słuchały polskiego premiera Marka Belki i Rona Huldaia, burmistrza Tel Awiwu. Były przy powstaniu Parku Ocalałych, gdy pierwsze drzewko pamięci sadziła Halina Elczewska, i pod jednym z dwóch pomnikowych dębów szypułkowych, gdy odsłonięto głaz upamiętniający tragiczne wydarzenia 1944 roku.

02
„Zajrzyjmy do Poznania – powiedziała do Elżuni. – Pokażę ci dom, w którym mieszkałam, żydowską szkołę, okolice synagogi przy Stawnej”. W pociągu obrazy z dzieciństwa mieszały jej się z pełnymi obaw myślami, co z dawnych wspomnień ocalało. Pamiętała, że z dworca na ulicę Mickiewicza nie było daleko. „Zajmie to nam mało czasu”. Minęło kilka minut i stanęły pod kamienicą z numerem siedem. „Mieszkaliśmy na trzecim piętrze w ładnym czteropokojowym mieszkaniu” – powiedziała do córki. Naszymi sąsiadami były trzy żydowskie rodziny. Na parterze mieszkał Józef Ajlenberg z żoną. To było młode małżeństwo, przyjechali z Łodzi do Poznania w 1928 roku. W kolejnym roku urodziła się im córka Felicja, a później syn Michaś. Żona Józefa miała na imię Raca (Roma), a jej panieńskie nazwisko to Kronenberg. Byli spokrewnieni z Kronenbergami mieszkającymi w Poznaniu. Jeden z nich prowadził sklep przy ulicy Wielkiej i był dość zamożny. Drugi miał syna Hersza, który był moim kolegą w czasach szkolnych. W naszej kamienicy mieszkali także dwaj żydowscy kupcy: Mojżesz Kon i Samuel Rutenberg. Zina, żona Samuela, pochodziła z Piotrogrodu, on z Białegostoku. Mieli syna Jurka, rok, a może dwa młodszego ode mnie. Zina była bardzo serdeczna i opiekuńcza. Działała w Towarzystwie Niesienia Pomocy Biednym Żydom „Achi-Eser”. Przy Mickiewicza mieszkał także Leon Rutenberg, młodszy brat Samuela. Często się odwiedzali, mieli do siebie kilka kroków.
Większość żydowskich rodzin mieszkała w okolicach Starego Rynku. Ale tu, na Jeżycach, też było ich kilkanaście. Obok w kamienicy mieszkała Berta Kantorowicz, nauczycielka żydowskiej szkoły powszechnej. Kantorowicze przy Mickiewicza wybudowali piękne wille. Byli bardzo bogaci, ale po pierwszej wojnie światowej wyjechali do Niemiec. Stały też kamienice innych zamożnych kupców: Naphtalego i Salo Hamburgerów, Simonów, Davidsonów. Miały bogate zdobienia, sztukatorskie dekoracje i zadziwiające bryły dachów. Przy Patrona Jackowskiego mieszkał Jurek Herszberg, którego siostra Ania była moją dobrą koleżanką. Obok nich mieszkali kupcy: Szaja Joel i Israel Silberberg pochodzący z Koła. Nie pamiętam, czy mieli dzieci. Przy ulicy Prusa mieszkał Zygmunt Bauman, który został po wojnie znanym profesorem. Miał starszą siostrę Taubę, która po wojnie zamieszkała w Izraelu. Jego tato Moryc przyjechał ze Słupcy i był kupcem3.
Mówiono, że to jest prestiżowa ulica. Wcześniej nosiła nazwę Hohenzollernów. Wynajmowane mieszkania pewnie były drogie, a to znaczy, że tacie powodziło się dość dobrze. Lubiłam iść ulicą w kierunku Dąbrowskiego, aż przed moimi oczyma pojawiał się budynek teatru, a właściwie jego cebulasty hełm. Każdego dnia jakby lśnił inaczej. Na narożniku była apteka, a po drugiej stronie okazały gmach ubezpieczalni. To była moja droga do szkoły przy Noskowskiego. Moją ulubioną nauczycielką była Franciszka Propstowa. Uczyła miłości do polskiej kultury, uwielbiała Piłsudskiego. Gdy zmarł, wysłała w imieniu szkoły kondolencje. Odpowiedź, którą otrzymała, oprawiła i powiesiła w szkole. W rocznice jego śmierci organizowała apele, czciliśmy także święto niepodległości. Byłam z Propstową na wycieczce w Krakowie, pojechaliśmy sypać Kopiec Piłsudskiego.
Było nas w szkole pewnie więcej niż sto żydowskich dzieci4. Miałam swoje przyjaciółki: Rolę Sochaczewską, Hanię Auerbach, Anię Herszberg. Z chłopców najbardziej pamiętam Noacha Lasmana, Jurka Janowskiego, Natka (Nuchima) i Janka Dunkelmannów, Felka Lupkę. Tego ostatniego zapamiętałam z prób teatralnych do Zemsty. Felek nie miał wielkiej roli. Miał jedynie wejść na scenę i powiedzieć jedno zdanie: „Naprawiono koło w powozie”. Uczył się tej roli trzy tygodnie i nie mógł jej opanować. Przedstawienia organizowano w jednej z klas, która miała małą scenę, takie podium, na którym w czasie lekcji stało biurko nauczycielek. Z naszym artystycznym programem chodziliśmy na występy do żydowskiego domu starców, by umilić życie schorowanym pensjonariuszom.
Do szkoły chodziłam także popołudniami, na czytanie czasopism abonowanych przez Propstową5. Nie było wśród nich żydowskich gazet dla dzieci, zwłaszcza „Małego Przeglądu”, który czasem kupował dla nas tato. Z tytułów pamiętam „Płomyk”, który ukazywał się co tydzień. Lubiłam w nim czytać listy od dzieci drukowane przez redakcję. Po południu działały nauka tańca i szkolny chór, zajęcia prowadziła Wanda Jordanówna. Uczyła mnie także Hanna Mornelowa, dużo młodsza i weselsza od Propstowej. Bibliotekę prowadziła Brokmanówna6. Wśród nas było wiele biednych dzieci i nasze nauczycielki organizowały dla nich dożywianie w szkolnej kuchni. Uczniowie otrzymywali kubek mleka i pajdę chleba. Po jakimś czasie kuchnię zlikwidowano, urządzając w niej salę lekcyjną, bo z roku na rok dzieci przybywało.
Zdarzały się nieprzyjemne incydenty, jak ten, gdy kamieniami obrzucono okna szkoły. Rodzice bardzo się zmartwili, bo działo się to w czasie lekcji. Przez rozbite szyby kamień wleciał do środka i mógł komuś zrobić krzywdę7. Na przerwach, gdy dopisywała pogoda, wychodziliśmy bawić się na dziedziniec szkolny. Obok był ogródek, od wiosny mieliśmy tam zajęcia. Wciąż coś naprawialiśmy, bo nie był ogrodzony, wałęsały się po nim psy i może złośliwi ludzie. Propstowa walczyła o ogrodzenie dziedzińca i postawienie płotu okalającego ogród. W końcu chłopcy na zajęciach praktycznych postawili z listewek i desek prowizoryczne ogrodzenie.
Czas biegł szybko, skończyłam sześć klas. Część z nas kontynuowała naukę w klasie siódmej przy Noskowskiego, ja zostałam przyjęta do żeńskiego gimnazjum humanistycznego imienia Dąbrówki przy ulicy Młyńskiej. Zdałam egzamin i rozpoczęłam naukę w czarnym mundurku z beretem. Szkoła był płatna, rodzice musieli wpłacić ponad 100 złotych czesnego. Nie mam z tej szkoły dobrych wspomnień, panował w niej nastrój antysemicki. Najgorsza była nauczycielka historii, o Żydach mówiła tylko źle. Koleżanki były bardzo złośliwe, podkładały nam czosnek, wyśmiewały nas. W klasie miałam żydowską koleżankę Reginkę Szwarc. Czy było nas więcej w szkole? Nie pamiętam. Gdy po wojnie przyjechałam do Poznania, nie odnalazłam ani szkoły przy Noskowskiego, ani tej przy Młyńskiej.
Reginka przyjechała z Niemiec. Jej rodzinę odstawiono w listopadzie 1938 roku do Zbąszynia. Gdy znaleźli się w Poznaniu, dołączyła do mojej klasy. Szwarcowie byli pewnie zamożni, skoro wynajęli mieszkanie z dziesięcioma pokojami. Kiedyś Reginka i jej siostra Hanka zaprosiły mnie do siebie. Poszłam do nich z Anią, siostrą Jurka Herszberga. Gdy nacisnęłyśmy dzwonek przy wejściu, Reginka otworzyła okno i zrzuciła nam klucz. Jakie były losy tej rodziny w czasie wojny? Nie wiem. Najważniejsze, że jako poznańscy Żydzi pomagaliśmy tym, którzy przenieśli się do Poznania z obozu w Zbąszyniu. Także w naszym mieszkaniu nocowało kilka osób wyrzuconych z Niemiec.

03
Co pamiętam z Poznania? Restaurację Hirschlika przy Pocztowej, do której wstępowali nasi rodzice. Sklep z wędlinami braci Dawidowskich. Czasem mama Matla wysyłała mnie do nich na zakupy, nie miała z tym problemu, bo byliśmy niereligijni, a ojciec odwiedzał synagogę jedynie w Jom Kipur. Po książki chodziłam do księgarni przy Świętym Marcinie. Lody kupowałam na placu Wolności. Po mieście biegałam z koleżankami. Jedna z nich, Bela Serebryjska, miała przystojnego brata. Idel (Jurek) był od nas starszy o kilka lat. Ich tato, Nachmann Serebryjski, prowadził z żoną Leją jadłodajnię. Mieszkali przy Tamie Garncarskiej 4, a ich sąsiadami byli Janowscy, z których synem, Jurkiem, znaliśmy się dobrze. Nie było nas dużo, w jednym roczniku może z pięćdziesięcioro dzieciaków, może sto. Znaliśmy się więc dość dobrze.
Czekałam na premiery w Operze. Gdy tylko coś nowego pojawiało się w repertuarze, byłam na widowni. Pamiętam Japonkę, która grała madame Butterfly, i koncert żydowskiego skrzypka Henryka Szerynga. Był jeszcze bardzo młody, grał w Poznaniu w krótkich spodenkach. Na koncercie, równo o północy, byłam z rodzicami. To było święto poznańskich Żydów. A kiedy przyjeżdżał Kiepura, już sama biegałam pod Hotel Bazar, by najpierw słuchać, jak tłumy krzyczą: „Śpiewaj, Jasiu!”, a następnie słuchać jego arii i piosenek.
Wciąż widzę, jak stoi na balkonie. Śpiewał dla ludzi nawet wtedy, kiedy jechał odkrytym samochodem ulicami miasta. Gdy miał koncert w Auli, wychodził w czasie przerwy na balkon, by śpiewać dla tych, którzy z powodu braku biletów, a może i pieniędzy, do sali nie weszli.

04
Latem 1939 roku pojechałam do Chełma. Na wakacje zaprosiła mnie Genia Solińska, studentka medycyny. „Przyjedź – śmiała się – zobaczysz głupców z Chełma”. To było ładnie położone miasteczko, na wzgórzu, z którego schodziło się do rzeki. Gdy zobaczyłam ten widok, zrozumiałam, dlaczego żartowano: „Jacy ci Żydzi z Chełma niemądrzy! Schodząc na dół, niosą puste wiadra, a z pełnymi wspinają się do góry”. Atmosfera była radosna; gazet, które straszyły Hitlerem, nie czytałyśmy. Beztroskie dni szybko się skończyły, wróciłam do domu. W mieście stawiano zasieki, budowano schrony, kopano rowy przeciwczołgowe, mosty przygotowano do wysadzenia. Wybuchła wojna.
Już 1 września, mimo że rano ogłoszono alarm, poszliśmy w południe na dworzec. Nagle odezwały się syreny przeciwlotnicze i nadleciały niemieckie samoloty. Usłyszeliśmy odgłosy spadających bomb. Samoloty zaatakowały okolice Dworca Głównego, koszary na Jeżycach, Ławicę. W popłochu wróciliśmy do mieszkania przy Mickiewicza. Wieczorem nalot się powtórzył. Następnego dnia ojciec przyniósł wiadomość, że część wojska polskiego wycofuje się z miasta. „Tym bardziej musimy uciekać” – powiedział. Kolejnego dnia idziemy na dworzec. Jest pociąg, wyjeżdżamy w kierunku Łodzi. Dlaczego do Łodzi? Bo mieszkał tam wujek, w którego firmie pracował ojciec, zajmując się nadzorowaniem przesyłek towaru z Poznania do Łodzi. Podróż trwała długo, może trzy dni. Co chwilę pociąg stawał, a my wyskakiwaliśmy z wagonów, kryjąc się w krzakach lub w zbożu.
Dojechaliśmy do Łodzi 6 września. Był to dzień, w którym mężczyźni postanowili opuścić miasto i iść w kierunku Warszawy. Gdy dotarliśmy do wujka, okazało się, że oni też opuszczają miasto. Poszliśmy z nimi. Lato było gorące, a my z ciężkimi plecakami, ubrani w kilka warstw odzieży maszerowaliśmy ze trzydzieści kilometrów. Dotarliśmy do jakiejś wsi letniskowej, znaleźliśmy pusty dom i padliśmy wyczerpani na podłogę. Okazało się, że znajdujemy się na linii frontu. Nad naszymi głowami rozpryskiwały się pociski, odłamki spadały na balkon i dach domu. Nie trwało to długo, polscy żołnierze wycofali się, a dom otoczyli Niemcy. Pozwolili nam wrócić do Łodzi. Zamieszkaliśmy w opuszczonym przez wujków mieszkaniu, bo oni postanowili uciekać dalej, na wschód. Zaczęliśmy nosić najpierw białe opaski, następnie żółte łaty, żyliśmy w strachu o życie swoich najbliższych. Zabroniono nam chodzić po ulicy Piotrkowskiej, łapano nas, zmuszając do robót fizycznych, wdzierano się do mieszkań, grabiąc je z najcenniejszych rzeczy. Gdy utworzono getto, otrzymaliśmy dziesięciometrowy pokój na trzecim piętrze stosunkowo wysokiego domu, bo większość wokół innych była parterowa. Zamieszkaliśmy w nim razem z jeszcze pięcioma osobami. 
Warunki były okropne. Po jakimś czasie rodzice znaleźli mały pokoik, który kiedyś był kuchnią, zamieszkaliśmy w nim sami. Był na parterze i już nie musieliśmy dźwigać wody w wiadrach na trzecie piętro. Rodzice pracowali w resorcie papierniczym, a ja w resorcie Handstickerei, gdzie wykonywano serwety na drutach i szydełkowanie dla Niemców. Były to czasem serwety, których zrobienie trwało do miesiąca. Janka pracowała w resorcie dywanów produkowanych ze starych szmat i odpadków z resortów krawieckiego i bieliźniarskiego.
Trzymaliśmy się jako tako do wielkiej szpery, kiedy to we wrześniu 1942 roku Niemcy zarządzili ośmiodniowy zakaz wychodzenia na ulicę, a to oznaczało niemożność zaopatrzenia się w żywność. Rozpoczęły się przeszukiwania domów, musieliśmy wychodzić na podwórko, stawać w dwuszeregu, i odbywała się selekcja. Ojciec już był bardzo chory, postanowiliśmy ukryć go w pokoju, pod którym była mała piwniczka. Przykryłyśmy wejście dywanem i na nim postawiłyśmy stół. Mamie pomalowałyśmy policzki na różowo, żeby zdrowiej wyglądała. Napięcie podczas selekcji było ogromne, nam się udało, przetrwałyśmy i na pewien czas zostało nam darowane życie.
Z każdym dniem zmniejszano racje żywnościowe, codziennie mijałam na ulicach trupy. Przestało to na mnie robić wrażenie, obojętniałam, silniejszym uczuciem był głód. Mama podczas posiłku po kryjomu dokładała ze swojej porcji nam i ojcu. Gdy to z Janką odkryłyśmy, pilnowałyśmy, by dbała też o siebie. Gdy szpera się zakończyła, poszłam na plac kartoflany odebrać naszą porcję. Było to blisko dwadzieścia kilogramów ziemniaków, ale ja byłam wyczerpana, miałam gorączkę i zemdlałam w kolejce. To była żółtaczka. Wyzdrowiałam po paru tygodniach, lekarstwem była dieta. Dopiero wtedy dowiedziałam się, jak wiele osób utraciło swoich najbliższych, zwłaszcza dzieci.
W getcie mieszkaliśmy trzy lata. Zapadła decyzja o jego likwidacji. Niemcy z żydowskimi policjantami chodzili od domu do domu i ładowali ludzi na wozy, które odstawiały ich na plac zborny przy dworcu. Kilka dni przed naszą kolejką Janka poszła do kuchni po przydział zupy. Złapano ją po drodze, wsadzono na wóz i wysłano do transportu. Dowiedzieliśmy się o tym od kogoś, kto przypadkowo to widział. Można sobie wyobrazić naszą rozpacz. Nadeszła nasza kolej. Stan ojca nie pozwalał na transport, był chory na gruźlicę kości. Leżał bezwładny na łóżku8. Oderwano nas brutalnie od niego, załadowano i odwieziono na dworzec, gdzie czekały na nas wagony bydlęce. Do każdego wsadzano po sto osób. Było tak ciasno, że nie można było usiąść na podłodze. To było dziewiątego sierpnia 1944 roku. Gorące dni, ludzie mdleli, dusili się, panował smród i zaduch. Podróż trwała dwa dni.

05
Pociąg zatrzymał się. Była noc. Zaczęto otwierać zaryglowane drzwi. Przy wrzaskach Niemców opuszczaliśmy wagony, trupy wypadały z nich same. Ujadały psy, wokół były druty kolczaste, a za nimi stała grupa kobiet w chustkach na głowie i ubranych w łachmany, krzyczących do nas, żeby im rzucić chleb, bo za chwilę go nam zabiorą. Rozpoczęła się selekcja, mamie kazano iść w innym kierunku niż mnie. Po chwili pojawiła się kapo z kijem w ręce i zabrała do olbrzymiego baraku, gdzie nas rozebrano, ogolono i kazano wybrać jakiś łach ze stosu leżącej tam odzieży. Zaprowadzono nas na lager C, gdzie stały trzydzieści dwa drewniane baraki. Spałyśmy na trzypiętrowych pryczach. Na każdej, o szerokości około półtora metra, musiało się zmieścić dziewięć osób.
Codziennie dwa razy stawiano nas do apelu czwórkami i liczono. Trwało to godzinami. Po wieczornym apelu można było wyjść przed barak. Któregoś dnia wysłano mnie z innymi dziewczętami po zupę. Kiedy przechodziłyśmy obok innego baraku, zauważyłam w grupie kobiet dziewczynę z nieogoloną głową, to była moja siostra Janka. Gdyby nie dłuższe włosy, które jakimś przypadkiem zachowała, nie rozpoznałabym jej na obozowym placu w tłumie tysięcy kobiet, które wychodziły z trzydziestu bloków na apel. Doleciałam do niej i umówiłyśmy się na następny dzień. Zamieniłam się z inną więźniarką i znalazłam się razem z siostrą w bloku numer 24. To był pierwszy cud. A później były jeszcze dwa. Bo dwa razy szłyśmy do krematorium i dwa razy nas cofnięto. „Jest was za dużo” – krzyczeli kapo i część z nas wracała do bloku. Mówię: cud, ale myślę, że to przypadek. Minęły dwa tygodnie od mojego przyjazdu do obozu. Wciąż żyłyśmy. I nagle prowadzą nas na kolejną selekcję. Byłyśmy pewne, że to koniec. Tymczasem dano nam nowe ubrania, buty i załadowano do bydlęcych wagonów.

06
Nie było dla nas ważne, gdzie jedziemy, bo opuszczaliśmy piekło na ziemi. Dojechaliśmy do Bergen-Belsen. W obozie brakowało prycz, jedzenia, warunki były straszne. Nie było dla nas miejsca w murowanych budynkach. Ulokowano nas, czterysta kobiet, w namiocie. Każda dostała dwa koce. Nie było prycz do spania. Na gołej ziemi rozsypano trociny i na nich spałyśmy, rozkładając koce. Ponieważ noce były już zimne, składałyśmy we czwórkę po jednym kocu na spód, kładłyśmy się, przykrywając kolejnymi czterema. Nawzajem się ogrzewałyśmy. Było tak samo jak w Brzezince, miałyśmy jedynie dostęp do kranów z wodą zainstalowanych na zewnątrz namiotu.
Pewnego dnia rozpętała się burza, spadł ulewny deszcz, a silny porywisty wiatr porwał nasz namiot. Zostałyśmy pod gołym niebem, zmarznięte i przemoczone. Dostałam okropnych bólów dziąseł. Lekarka, Polka, postanowiła mi pomóc. Miała przy sobie trzy ampułki z witaminą C. Doszła do wniosku, że jak poda je jednej osobie, to jej pomoże, a jak rozdzieli na trzy osoby, to nie pomoże nikomu.
Na terenie obozu zjawili się właściciele fabryk pracujących na potrzeby armii. Zabierali chętnych do pracy. Nie chciałam jechać, byłam wyczerpana i zrezygnowana. Ale Janka chciała jechać. Miałam zostać sama? Zgodziłam się i wsiadłyśmy do wagonów, na których napisano, że to transport umysłowo chorych. Tak zajechałyśmy do Mehltheuer9, małego miasteczka w Saksonii. Zamieszkałyśmy w baraku przy fabryce. Warunki były lepsze niż w Bergen--Belsen. Każda z czterystu przywiezionych kobiet miała pryczę, dwa koce, sala była ogrzewana, dostawałyśmy dwa razy dziennie po 200 gramów chleba z marmoladą i talerz zupy. Pracowałyśmy w fabryce po dwanaście godzin dziennie. Mijał dzień za dniem, nie wiedziałyśmy, co dzieje się na zewnątrz. Jedynym znakiem zmian były naloty na miasteczko i zbombardowanie części fabryki. Wtedy zaczęli nas wozić do pobliskiego miasteczka Plauen, które było węzłem kolejowym. Tam sprzątałyśmy tory kolejowe po nalotach. Czasem, podczas bombardowań, chowałyśmy się w schronie lub pobliskim lesie.
Nadszedł dzień, w którym komendant obozu oświadczył, że ponieważ wojska amerykańskie są już blisko, on otrzymał rozkaz opuszczenia obozu. Zostawia nas, mamy czekać na zwycięzców. Myślałyśmy, że to podstęp, ale oni rzeczywiście uciekli. Później okazało się, że miał rozkaz nas zabić przed opuszczeniem obozu i zatrzeć wszelkie ślady. Rozkazu nie wykonał. Przeżyłyśmy.
Szesnastego kwietnia 1945 roku zostałyśmy wyzwolone przez amerykańskich żołnierzy. Wcześniej, przez kilka dni, gdy nie było już Niemców, nie pracowałyśmy, ale i nie otrzymywałyśmy jedzenia. Najsłabsi umierali. Nie wierzyłam, że doczekam końca. Byłam osłabiona fizycznie i apatyczna. Gdy wreszcie pojawili się amerykańscy żołnierze, nie umiałam się cieszyć. Nie wyszłam do nich z braku sił, nie powitałam ich.
Przywieziono nam żywność i odzież. Zaczęłyśmy upodabniać się do ludzi. Ulokowano nas w hotelu w górskiej miejscowości. Po tym, co przeszłyśmy, był to raj. Odrastały włosy, przybierałam na wadze. Później przeniosłyśmy się do jednego z obozów na terenie Bawarii założonego przez Amerykanów. Otrzymywałyśmy jedzenie, prowadzono dla nas kursy zawodowe. Przygotowywałyśmy się do życia.

07
W obozie (displaced persons) przebywałam blisko rok, z krótką przerwą, kiedy wybrałyśmy się do Polski. Większą część drogi przebyłyśmy pieszo. Łudziłyśmy się, że może w Łodzi znajdziemy kogoś z rodziny. Nikogo nie spotkałam. Tym, co było w tej drodze najgorsze, to spotkanie z polskimi mieszkańcami. Nie mogę zapomnieć jadowitych spojrzeń i komentarzy: „Szkoda, że was wszystkich Hitler nie wykończył”. Podjęłam decyzję, że wracam do Niemiec. Wiedziałam, że organizacje żydowskie organizują dla takich jak my przerzuty do innych krajów. Wyjechałyśmy przez granicę polsko-czechosłowacką, znalazłam się w Monachium. Otrzymałyśmy mieszkanie i pomoc w nauce zawodu. Czułyśmy się bezpieczne. Tu poznałam męża Ignacego. Postanowiliśmy razem wrócić do Polski. Mieszkaliśmy z mężem w kilku miastach: najpierw w Bielawie na Dolnym Śląsku, następnie we Wrocławiu, gdzie urodziła się córka Elżunia, później w Skawinie koło Krakowa. Ostatnim przystankiem były Tychy, skąd wyemigrowaliśmy w 1957 roku do Izraela10. Zamieszkaliśmy najpierw w Holonie, na osiedlu maabarot, w okropnych azbestowych domkach. Po kilku miesiącach otrzymaliśmy mieszkanie. Założyłam nową rodzinę. Drugi mąż miał dwóch dorosłych synów, a Elżunia poszła do szkoły, skończyła studia, wyszła za mąż i pracowała w szkole jako nauczycielka. Mam wnuków, życie wygrało.
Ostatnie lata życia Anna spędziła w Riszon le-Cijjon. Utrzymywała kontakt z osobami, z którymi łączyły ją obozowe doświadczenia. Jeździła do Wiednia, by spotykać się z jedną z koleżanek. Szczególne więzy łączyły ją z Felą Ajlebergówną, młodszą od niej o sześć lat. To wielka rzecz mieć tutaj koleżankę nie tylko z jednego miasta, ale też z tej samej kamienicy. Podtrzymywała kontakty z innymi poznaniakami. Gdy w 1992 roku zorganizowano w Tel Awiwie zjazd Żydów z Poznania, wzięła w nim udział.

08
„Minęłyśmy się z Anią i Janką w Bergen-Belsen” – wspomina Felicja (Lala) Ajlenberg. Gdy przywieziono mnie z Auschwitz, one, kilka tygodni wcześniej, zostały wywiezione do zakładu w Mehltheuer. Ale o tym dowiedziałam się po wojnie. Nasze życie to długa droga, od podwórka przy Mickiewicza do domu, który znalazłyśmy w Izraelu. To nadzwyczajne, że ocalały trzy dziewczynki z jednej kamienicy.
Gdy wybuchła wojna, byłam z bratem Michasiem i rodzicami na wakacjach w Krynicy. Miałam dziesięć lat. Nie mogliśmy wrócić do Poznania, pojechaliśmy do Łodzi, gdzie mieszkała siostra ojca. Gdy pojawiły się na płotach obwieszczenia o przesiedleniu do getta, rodzice postanowili przenieść się do Warszawy. Znaleźliśmy mieszkanie, pomogli znajomi, było jeszcze dobrze, cokolwiek to znaczy. Po kilku miesiącach utworzono getto i tutaj. Od połowy listopada nie mogliśmy opuszczać „dzielnicy zamkniętej”.
Jak żyliśmy? Jak wszyscy. Tyle książek o tym opowiada, cóż można dodać. Zwykły dzień w getcie to głód, kartki na żywność i ich brak, choroby i śmierć. Rodzice bali się o Michasia, który zaczął w getcie chorować. Zmienialiśmy miejsca zamieszkania, wciąż nas wyrzucano z różnych powodów. W każdym z nich ojciec organizował dla nas kryjówkę. Naszym ostatnim miejscem był dom przy Nalewkach. Nie pamiętam numeru. Chyba gdzieś w pobliżu był szop Hermana Brauera. To już nie było mieszkanie tylko schron, bunkier. Mieszkaliśmy tam w trzy lub cztery rodziny. Trwało to wiele tygodni, nie wiedzieliśmy, co dzieje się na zewnątrz. Nie wiem, czy to był teren jeszcze zamieszkiwany przez Żydów. Każdy dom przeszukiwano, zabierano resztki pozostawionych rzeczy, wyłapywano mieszkańców. Na początku kwietnia 1943 roku, tak to pamiętam, do schronu weszli Niemcy. Wydał nas człowiek, który pomagał w urządzeniu kryjówki. Nie wiem, czy był to Polak, czy Żyd. Wywlekli nas na podwórko, wokół był ogień. Chyba to jeszcze nie było powstanie w getcie. Kobiety i dzieci oddzielili od mężczyzn i zaprowadzili na Umschlagplatz. Siedzieliśmy tam wiele godzin, czekając na wagony. Ludzie tłoczyli się, załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne, czasem dostawali ataku szału. Załadowano nas do pociągu jadącego do obozu na Majdanku11.
Wierzyłam, że wkrótce się spotkam z braciszkiem i rodzicami. Przed jednym z baraków na Majdanku widziałam dużo dzieci, wypatrywałam, czy jest wśród nich Michaś. Minął dzień, dwa, dzieci znikły. Po kilku dniach załadowano nas do wagonów i zawieziono do obozu w Skarżysku-Kamiennej12. Pracowałam w fabryce amunicji po dwanaście godzin dziennie za dwa kawałki chleba i miskę zupy. Za każdego z nas firma zapłaciła SS pięć marek. Tyle byłam warta. Pod koniec lipca 1944 roku zaczęto nas wywozić, a tych, co się nie nadawali do pracy, mordować. W styczniu 1945 roku dotarłam do Bergen-Belsen. Gdy obóz wyzwolono, miałam tyfus.
Do Polski nie pojechałam. Był znajomy, że jechał do Palestyny. Dałam mu list do wujka Dawida Kronenberga bez adresu, bo go nie miałam. Znajomy sobie poradził, odnalazł wujka i otrzymałam list, że mam przyjeżdżać do Palestyny. Miałam z kim jechać, bo w kibucu na terenie Niemiec poznałam instruktora Adama, mojego przyszłego męża. On był w Auschwitz do samego końca, nie poszedł w marszu śmierci, ukrył się i w obozie doczekał końca.
Do kraju popłynęłam statkiem, z którego nie pozwolono nam wysiąść. Odstawiono nas na Cypr, gdzie czekaliśmy na powstanie państwa Izrael. Po kilku miesiącach tak się stało, wtedy odnalazłam wujka Dawida, który miał sklep przy ulicy Herzla w Tel Awiwie. Pomógł nam rozpocząć nowe życie. 
W 1957 roku do kraju przyjechała Ania – Anula. Mogłam z nią rozmawiać o Poznaniu, o szkole św. Tereski, do której posłali mnie rodzice, o tym, jak z płaczem wracałam do domu, bo nikt nie chciał ze mną siedzieć w ławce. Dziewczynki mówiły, że śmierdzę czosnkiem i cebulą, więc po roku ojciec przeniósł mnie do szkoły żydowskiej. Nachon, to prawda. Wspominałyśmy Zulę, dziewczynkę, z którą bawiłyśmy się na podwórku. I Genię, studentkę medycyny, która wynajmowała u nas pokój, a po wojnie została ordynatorem szpitala w Krakowie, by po 1968 roku wyjechać do Kopenhagi z biletem w jedną stronę. I Jurka Rotenberga, chłopca, który mieszkał nad nami na pierwszym piętrze, a po wojnie dotarł do Izraela i wyjechał, zdaje się, do Chin. Anula słuchała wyrozumiale moich opowieści. Zawsze wesoła, zawsze optymistka mówiła do mnie: „Lala, beseder, w porządku. Trzeba żyć”.

09
W 2001 roku do Anny Krasnokuckiej przyszedł wnuk Ilan i oznajmił: „Babciu, pojedziesz z nami do Auschwitz”. Wystraszyłam się. „Nie pojadę, boję się wspomnień. Mam słabe nogi, nie dam rady”. „Babciu, nie odmawiaj. Tylko ty możesz być moim przewodnikiem” – powiedział. Zgodziłam się. Wnuk był wtedy w wojsku, pojechałam z dużą grupą żołnierzy. Bardzo o mnie dbali, przygotowali wózek, bym nie musiała pieszo pokonywać dłuższych odległości. Słuchali mnie z uwagą, a ja przyglądałam się otaczającym mnie żołnierzom, młodym chłopcom w mundurach, przed którymi było jeszcze całe życie. Na tym polu popiołów w Brzezince żal mieszał się z nadzieją. Mają gdzie wracać, myślałam, przypominając sobie obrazy sprzed pięćdziesięciu lat, gdy z siostrą Janką straciłyśmy nie tylko rodziców, ale i kraj, w którym po wojnie zabrakło dla nas miejsca.


Na zdjęciu kamienica przy ulicy Mickiewicza 7, w której na parterze mieszkała rodzina Ajlenbergów, a na trzecim piętrze rodzina Krasnokuckich
1/2
Od lewej Anna Krasnokucka i Felicja Ajlenberg z Elżbietą Krygier, córką Anny (Jad Waszem, 1993)
2/2
Od lewej Anna Krasnokucka i Felicja Ajlenberg z synem Josim (Jad Waszem , 1993)
  1. To z tego miejsca 29 sierpnia 1944 r. odjechał do Auschwitz ostatni transport łódzkich Żydów.
  2. W dniu 5 września na teren getta wkroczyli Niemcy, ogłaszając wielką szperę (absolutny zakaz opuszczania miejsca zamieszkania). W dniach 5–12 września 1942 r. z łódzkiego getta wysiedlono 15 681 „osób nienadających się do pracy” (dzieci do 10. roku życia, starców, osoby chore). Na miejscu zamordowano około 600 osób. 
  3. Przeprowadzili się ze Słupcy w 1921 r. i początkowo wynajmowali mieszkanie przy Masztalarskiej 8.
  4. W roku szkolnym 1932/1933 do szkoły uczęszczało 172 dzieci.
  5. Hanna (Helena) Mornelowa (z domu Brokman) z Sieradza była żoną kupca Salomona pochodzącego ze Słupcy i mieszkała przy ulicy Szwajcarskiej 15.
  6. Była to prawdopodobnie Rywka Brokman z Sieradza, studentka. Mieszkała z Mornelami przy ulicy Szwajcarskiej 15. 
  7. Do incydentu doszło 13 grudnia 1932 r. o godz. 12:30.
  8. Po wojnie spotkała kolegę z getta, który twierdził, że oddał jej ojca do szpitala. Nie wiadomo, jak zmarł i gdzie jest grób Izraela Krasnokuckiego.
  9. Był to podobóz Konzentrationslager Flossenbürg.
  10. Z Warszawy pociągiem do Wiednia, a stamtąd samolotem do Tel Awiwu.
  11. W czasie powstania w getcie warszawskim transporty z Żydami kierowano do Treblinki (ok. 6000−7000 osób) oraz do obozów na Majdanku, w Poniatowej i Trawnikach (ok. 36 000 osób).
  12. Od 1940 roku Fabrykę Amunicji w Skarżysku przejął w zarząd niemiecka firma „HASAG” z Lipska. W sierpniu 1942 roku przy „HASAG”-u powstał obóz pracy przymusowej dla Żydów: Judenzwangsarbeitslager Hasag Skarżysko-Kamienna.

Zobacz też: