Kadr cierpienia
Marek S. Bochniarz
Pracę Marka Oberländera Getto – monumentalny fryz z roku 1955 – można było oglądać przez dwa miesiące – od kwietnia do czerwca – w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Wydarzenie pod tytułem Kadr cierpienia zorganizowano w ramach programu towarzyszącego akcji społeczno-edukacyjnej Żonkile, upamiętniającej wybuch powstania w getcie warszawskim.
Ekspozycja odbyła się dzięki życzliwości Krystyny Czartoryskiej, historyczki sztuki i kolekcjonerki, która przekazała muzeum w depozyt pracę Oberländera, pochodzącą z jej własnej kolekcji. – Wraz z Joanną Fikus, kierowniczką działu wystaw, czekałyśmy na odpowiedni moment, gdy będzie można ją wystawić. Getto to bardzo delikatna praca na papierze o długości ponad 4,5 metra, wykonana tuszem i gwaszem. Chcieliśmy ją pokazać w formie „one-painting show” [prezentacji pojedynczego obrazu], zwłaszcza że od czasu jej powstania po raz pierwszy została w tym roku pokazana szerszej publiczności – relacjonuje dr Natalia Romik, kuratorka.
Na potrzeby prezentacji fryzu zaprojektowano specjalną szafę wystawienniczą. Możliwość obejrzenia pracy z bliska uwydatnia delikatny charakter użytego materiału. Zwracające uwagę zniszczenie papieru (zagięcia, rozdarcia) może wskazywać na niedbałe obchodzenie się z nią (jako np. szkicem, projektem). Równocześnie odzwierciedla to fatalne losy artysty-emigranta i zawikłane dzieje jego dorobku. Jedną z wielu osobistych tragedii Oberländera było nagłe odebranie mu pracowni, gdy przebywał poza Polską, przez co żona musiała organizować błyskawiczną przeprowadzkę, by uratować zbiór jego prac, pozostawionych w kraju. Jak wspominała Halina Pfeffer-Oberländer:
Fryz Getto można było oglądać w Muzeum POLIN w osobnej przestrzeni ekspozycyjnej na poziomie 0, zaadaptowanej pod pokaz specjalny. Dzieło zostało subtelnie oświetlone, wydobyte lampami z panującego w pomieszczeniu półmroku, budującego dramatyzm i wzmacniającego uwagę odbiorcy. Obok pracy usytuowano doskonale wykonaną tyflografikę, pozwalającą zapoznać się z dziełem osobom niewidzącym i niedowidzącym. Na ścianie umieszczono biogram artysty i odwzorowanie jego rysunkowego portretu.
Przy projekcie wystawy z kuratorką współpracowali Piotr Jakoweńko i Sebastian Kucharuk. – Bardzo długo rozważaliśmy kolorystykę, aby była odpowiednio dobrana do barw pracy. Rozmawialiśmy z Piotrem Słodkowskim, że pod tym względem, a także formy, Getto to fryz bardzo nowoczesny – nawet z dzisiejszego punktu widzenia, gdy minęło siedemdziesiąt lat od jego powstania. Uwagę zwracają zwłaszcza użyte w nim błękit pruski i fiolet czy obramowania fryzu, budujące efekt głębi. Nasze wewnętrzne rozmowy w zespole stale powracały do tego, jak bardzo nietypowe to dzieło – również i dla samego Oberländera – mówi Romik. – Nie udało nam się rozwiązać zagadki związanej z tą pracą. Bo jak sama nazwa wskazuje – był to szkic dotyczący większego przedsięwzięcia. Czy miał zatem powstać na określonym budynku, w Warszawie? Niestety nie ma już z nami Haliny Pfeffer-Oberländer, wdowy po artyście, ale mam nadzieję, że uda nam się kiedyś odpowiedzieć na to pytanie – dodaje.
Przez lata artysta był wspominany głównie jako współorganizator Ogólnopolskiej Wystawy Młodej Plastyki Przeciw wojnie, przeciw faszyzmowi z 1955 roku i autor jednego prezentowanego na niej obrazu – Napiętnowanych. – Często mówił, że jego pokolenie jest obdarte z marzeń. Ta „obdartość z marzeń” przewija się też oczywiście w jego obrazach dotyczących getta. Dla historyków sztuki jest on z kolei znany jako prekursor, który zerwał z socrealizmem na sławnej wystawie w warszawskim Arsenale. W tym fryzie też dostrzegam tę aurę – powstał zresztą w tym samym roku – zauważa Romik.
Dwa lata temu pod tytułem Klimat odwilży. Obrazy Marka Oberländera ukazała się monografia twórczości artysty, której autorem jest Słodkowski. Trudno przecenić jego żmudną pracę jako historyka sztuki, który – aby odtworzyć szczegóły biografii – wykonał badania podstawowe. Zapoznał się między innymi z wcześniej nieopracowanym archiwum osobistym (zebranym przez Halinę Pfeffer-Oberländer i przekazanym przez nią Archiwum Emigracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu) i aktami Instytutu Pamięci Narodowej, rzucającymi światło na losy tego zagadkowego i enigmatycznego artysty.
Z pomocą urywków informacji i nielicznych dokumentów Słodkowski próbował zrekonstruować doświadczenia Oberländera z okresu II wojny światowej, w tym wcielenie do Armii Czerwonej i zesłanie do kopalni. Ten najbardziej zagadkowy etap życia historyk ujmuje jednak tylko – ale i aż – w formie czterech alternatywnych wersji, obejmujących potencjalny przebieg wydarzeń. Sam Oberländer nigdy do tamtych traumatycznych zdarzeń nie wracał, nie opowiadał też o nich przyjaciołom. Gdy składał podanie o odszkodowanie wojenne, o okresie 1941–1946 pisał bardzo zwięźle (przekreślenia autora):
Książka zawiera bardzo dużo takich znaczących i interesujących wspomnień i listów, w tym niepublikowanych zapisków prywatnych artysty. Wyłania się z nich obraz niezwykle wrażliwego człowieka, który wielokrotnie osobiście mierzył się z antysemityzmem i aktami skierowanej przeciw niemu przemocy. Za bycie Żydem został nawet pobity przez swojego listonosza (!). Przełożyło się to na to, iż jako dorosły człowiek bał się ludzi i unikał ich. Wcześnie, już jako dziecko, doświadczył nietolerancji i własnej kruchości. Niezwykle poruszające jest wspomnienie lat szkolnych w Szczercu, do których wracał w notatce z 1964 roku (przekreślenia autora):
Sam Marek (Mordechaj) Oberländer określał rodzinne miasto jako „mikrokosmos polski” i miejsce, „w którym mieszają się wszystkie narodowości”. Jego rodzina sąsiadowała z mieszkańcami o pochodzeniu ukraińsko-niemieckim i rdzennie polskim. Jako młody człowiek pracował fizycznie. Miał silne poczucie odrębności przez pochodzenie i religię. A przez to, że posługiwał się językiem jidysz i słabo znał polski czy rosyjski, po wyjeździe ze Szczerca sporo problemów przysparzała mu komunikacja – rozmowy, pisanie. Teoretycznie nowa władza zapewniła mu możliwość rozwijania kariery, lecz komunizm odcisnął na nim głębokie piętno, bo przez wiele lat był ofiarą donosów. Po wyjeździe z kraju w latach 60. ubiegłego wieku na nowo doświadczał tej obcości – tym razem jako emigrant. A że nie wypracował wtedy odrębnego, własnego stylu artystycznego, czy może po prostu nie był postrzegany jako taki twórca – nie zrobił też za życia kariery w Europie Zachodniej. Dziś nie pamięta się nawet o wielu jego sukcesach jako artysty i kuratora, gdy przebywał po wojnie w Polsce.
– Dzięki tej publikacji odkrywamy Oberländera na nowo. Piotr Słodkowski przypomina też o jego aktywności kuratorskiej. Miał on zdolność łączenia różnych artystów, pokazywania wspólnie ich prac. To fascynujące, jak bardzo był zaangażowany w obchody upamiętniające powstanie w getcie warszawskim – szczególnie w przypadku dziesiątej rocznicy. Przygotowaną z tej okazji wystawę prezentował w różnych miejscach na świecie, w tym w Amsterdamie i Kopenhadze. Wiemy, że chciał na niej pokazać ewidencję związaną z Zagładą – zestawić swoje obrazy z fotografiami. Zostały one jednak uznane za zbyt drastyczne. Stąd widać, że jego potyczki jako kuratora były bardzo interesujące i pokazywały jego odwagę – mówi Romik.
Z książki można dowiedzieć się między innymi, że w latach 1956–1961 artysta kierował salonami wystawowymi pism „Po Prostu” (1956–1957), „Nowa Kultura” (1957–1959) i „Współczesność” (1960–1961), działającymi w foyer Teatru Żydowskiego. W samych publikacjach ukazywały się też reprodukcje jego prac. Słodkowski zwraca przy tym uwagę, że międzynarodowa działalność kuratorska była przez Oberländera prowadzona „w związku ze staraniami o podtrzymanie pamięci o żydowskim doświadczeniu wojny”6.
Z okazji prezentacji pracy artysty w Muzeum POLIN kuratorka przeprowadziła dyskusję z Piotrem Słodkowskim, Luizą Nader i Agatą Pietrasik, w której został podjęty między innymi temat wizualnej recepcji twórczości Oberländera oraz historia fryzu Getto. Rozmowa została zamieszczona online przez muzeum POLIN7.
Ekspozycja odbyła się dzięki życzliwości Krystyny Czartoryskiej, historyczki sztuki i kolekcjonerki, która przekazała muzeum w depozyt pracę Oberländera, pochodzącą z jej własnej kolekcji. – Wraz z Joanną Fikus, kierowniczką działu wystaw, czekałyśmy na odpowiedni moment, gdy będzie można ją wystawić. Getto to bardzo delikatna praca na papierze o długości ponad 4,5 metra, wykonana tuszem i gwaszem. Chcieliśmy ją pokazać w formie „one-painting show” [prezentacji pojedynczego obrazu], zwłaszcza że od czasu jej powstania po raz pierwszy została w tym roku pokazana szerszej publiczności – relacjonuje dr Natalia Romik, kuratorka.
Na potrzeby prezentacji fryzu zaprojektowano specjalną szafę wystawienniczą. Możliwość obejrzenia pracy z bliska uwydatnia delikatny charakter użytego materiału. Zwracające uwagę zniszczenie papieru (zagięcia, rozdarcia) może wskazywać na niedbałe obchodzenie się z nią (jako np. szkicem, projektem). Równocześnie odzwierciedla to fatalne losy artysty-emigranta i zawikłane dzieje jego dorobku. Jedną z wielu osobistych tragedii Oberländera było nagłe odebranie mu pracowni, gdy przebywał poza Polską, przez co żona musiała organizować błyskawiczną przeprowadzkę, by uratować zbiór jego prac, pozostawionych w kraju. Jak wspominała Halina Pfeffer-Oberländer:
Ja mieszkałam w pracowni Marka po jego wyjeździe. Pilnowałam po prostu pracowni po jego wyjeździe. Pewnego dnia przychodzi telegram do moich rodziców, którzy mieszkają na Grochowie, że trzeba się stawić tego dnia o tej godzinie w Związku Plastyków. Nie napisali, w jakiej sprawie, tylko: p i l n e. No więc ja rzuciłam wszystkie swoje zajęcia, które miałam wtedy, i pojechałam. Co się okazuje? W przeciągu pięciu czy sześciu dni mamy opróżnić pracownię na ulicy Solnej. Marka pracownię – tam, gdzie Marek miał swoje obrazy, książki, wszystko. Zaktywizowałam sąsiadów, wszyscy mi pomagali wynosić rzeczy. Ocaliłam tylko to, co zdołałam, to znaczy: obrazy, książki i notatki, takie myśli (on zapisywał, co mu przychodziło do głowy)1.Jednocześnie pieczołowite zabiegi ekspozycyjne podkreślają wartość artystyczną i wyjątkowość Getta, fryzu wstrząsającego pod względem treści, ukazującego szereg nagich postaci – cierpiących dzieci, kobiet i mężczyzn. Tę dbałość o przywrócenie z szacunkiem dzieła publiczności i pokazanie go w odpowiednim kontekście można przy tym potraktować jako symboliczne odwrócenie trudnej sytuacji materialnej, trapiącej Oberländera. Ostatnie kilkanaście lat życia – schorowany, niedoceniony i zapomniany – spędził na emigracji, głównie we Francji, mierząc się z problemami finansowymi i stale składając kolejne wnioski o pomoc finansową. Próbował (zazwyczaj bezskutecznie) sprzedawać swoje obrazy, rysunki i grafiki – prywatnie, działając przez pośredników czy kontaktując się z francuskimi galeriami. W 1966 roku jego dzieła z serii La silhouette humaine osiągały ceny 50–100 franków francuskich. Gdy miał szczęście, to za jedną pracę uzyskiwał 300 franków. W najchudsze lata te symboliczne sprzedaże przynosiły ledwie 600 franków. Jak pisał do rodziny: „Niezwykle trudno sprzedać obrazy, jeśli nie masz koneksji i nie znasz właściwych ludzi”2.
Fryz Getto można było oglądać w Muzeum POLIN w osobnej przestrzeni ekspozycyjnej na poziomie 0, zaadaptowanej pod pokaz specjalny. Dzieło zostało subtelnie oświetlone, wydobyte lampami z panującego w pomieszczeniu półmroku, budującego dramatyzm i wzmacniającego uwagę odbiorcy. Obok pracy usytuowano doskonale wykonaną tyflografikę, pozwalającą zapoznać się z dziełem osobom niewidzącym i niedowidzącym. Na ścianie umieszczono biogram artysty i odwzorowanie jego rysunkowego portretu.
Przy projekcie wystawy z kuratorką współpracowali Piotr Jakoweńko i Sebastian Kucharuk. – Bardzo długo rozważaliśmy kolorystykę, aby była odpowiednio dobrana do barw pracy. Rozmawialiśmy z Piotrem Słodkowskim, że pod tym względem, a także formy, Getto to fryz bardzo nowoczesny – nawet z dzisiejszego punktu widzenia, gdy minęło siedemdziesiąt lat od jego powstania. Uwagę zwracają zwłaszcza użyte w nim błękit pruski i fiolet czy obramowania fryzu, budujące efekt głębi. Nasze wewnętrzne rozmowy w zespole stale powracały do tego, jak bardzo nietypowe to dzieło – również i dla samego Oberländera – mówi Romik. – Nie udało nam się rozwiązać zagadki związanej z tą pracą. Bo jak sama nazwa wskazuje – był to szkic dotyczący większego przedsięwzięcia. Czy miał zatem powstać na określonym budynku, w Warszawie? Niestety nie ma już z nami Haliny Pfeffer-Oberländer, wdowy po artyście, ale mam nadzieję, że uda nam się kiedyś odpowiedzieć na to pytanie – dodaje.
Przez lata artysta był wspominany głównie jako współorganizator Ogólnopolskiej Wystawy Młodej Plastyki Przeciw wojnie, przeciw faszyzmowi z 1955 roku i autor jednego prezentowanego na niej obrazu – Napiętnowanych. – Często mówił, że jego pokolenie jest obdarte z marzeń. Ta „obdartość z marzeń” przewija się też oczywiście w jego obrazach dotyczących getta. Dla historyków sztuki jest on z kolei znany jako prekursor, który zerwał z socrealizmem na sławnej wystawie w warszawskim Arsenale. W tym fryzie też dostrzegam tę aurę – powstał zresztą w tym samym roku – zauważa Romik.
Dwa lata temu pod tytułem Klimat odwilży. Obrazy Marka Oberländera ukazała się monografia twórczości artysty, której autorem jest Słodkowski. Trudno przecenić jego żmudną pracę jako historyka sztuki, który – aby odtworzyć szczegóły biografii – wykonał badania podstawowe. Zapoznał się między innymi z wcześniej nieopracowanym archiwum osobistym (zebranym przez Halinę Pfeffer-Oberländer i przekazanym przez nią Archiwum Emigracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu) i aktami Instytutu Pamięci Narodowej, rzucającymi światło na losy tego zagadkowego i enigmatycznego artysty.
Z pomocą urywków informacji i nielicznych dokumentów Słodkowski próbował zrekonstruować doświadczenia Oberländera z okresu II wojny światowej, w tym wcielenie do Armii Czerwonej i zesłanie do kopalni. Ten najbardziej zagadkowy etap życia historyk ujmuje jednak tylko – ale i aż – w formie czterech alternatywnych wersji, obejmujących potencjalny przebieg wydarzeń. Sam Oberländer nigdy do tamtych traumatycznych zdarzeń nie wracał, nie opowiadał też o nich przyjaciołom. Gdy składał podanie o odszkodowanie wojenne, o okresie 1941–1946 pisał bardzo zwięźle (przekreślenia autora):
W 17 roku życia musiałem uciekać przed hitleryzmem [...]. Uciekłem oczywiście do Rosji. Tam bywało wszystko: nieludzko ciężka praca w batalioniepracyalbo w lesie, albo w kopalni węgla, albo z kolei w więzieniu, a do tego należy dodać – jako czynnik stały – głód, nędzę, wszy, beznadzieją samotność i lęk przed donosami. [...]
Każdy kto był szczuty, kto zastał zamiast domu – pusty plac ze sterczącym kominem, kto musiał patrzeć,Wracając do Polski, udał się w rodzinne strony. Jak wspominał:najak mordowano mu najbliższych, kto był wyrwany z rodziny jak młody pęd z ziemi; kto będąc dzieckiem jeszcze, zaznał piekło na ziemi – nie ma dowodów dlategożadnego prawa3.
Będąc we Lwowie, udało mi się wskoczyć zajrzeć do miasteczka, gdzie została matka z dwiema siostrami. Dowiedziałem się od sąsiada (HUMENIUK), że niektórych wywieziono, innych zaś rozstrzelano i zasypano kamieniami. Spojrzałem na miejsce, gdzie był dom, w którym została matka i siostry – pośrodku sterczał tylko kikut komina4.Po dotarciu do Polski udał się do Łodzi, bezskutecznie szukając swojej siostry Reginy, komunistki (z niepotwierdzonych informacji wynika, że została zamordowana w Bełżcu). Udało mu się jednak skontaktować z jej mężem, Józefem Karniolem. W tym czasie nawiązał też – i to już na stałe – kontakt z rodziną mieszkającą w Stanach Zjednoczonych – wujem Benem Schreiberem i jego córką Doris Schreiber, od których otrzymywał pomoc finansową. Czytanie fragmentów ich korespondencji czy wspomnień wdowy Haliny Pfeffer-Oberländer pozwala znacznie lepiej poznać powojenne losy twórcy. Trzeba przyznać, że Słodkowski odmalowuje smutny portret człowieka stale mierzącego się z biedą. I tak na przykład wspomina, że gdy Marek uczył się w liceum plastycznym, to znajdował się w trudnej sytuacji finansowej – i to na tyle, iż znalazł się na liście dwunastu osób w ciężkich warunkach materialnych i wymagających natychmiastowej pomocy, która została wysłana w 1947 roku w piśmie Koła Studentów-Żydów do American Jewish Joint Distribution Committee.
Książka zawiera bardzo dużo takich znaczących i interesujących wspomnień i listów, w tym niepublikowanych zapisków prywatnych artysty. Wyłania się z nich obraz niezwykle wrażliwego człowieka, który wielokrotnie osobiście mierzył się z antysemityzmem i aktami skierowanej przeciw niemu przemocy. Za bycie Żydem został nawet pobity przez swojego listonosza (!). Przełożyło się to na to, iż jako dorosły człowiek bał się ludzi i unikał ich. Wcześnie, już jako dziecko, doświadczył nietolerancji i własnej kruchości. Niezwykle poruszające jest wspomnienie lat szkolnych w Szczercu, do których wracał w notatce z 1964 roku (przekreślenia autora):
Teraz siedzę w klasie, może wtrzeciejpiątej, może wczwartejszóstej. [...] Jest słonecznie i zdaje się, że to już jesień.Do klasy wkracza policja. Jestem wyrwany z klasy w czasie lekcji – to się rzadko zdarza, prawie nigdy. Staję przed dyrektorem szkoły, a obok niego policjant. Wąchają moje ręce. Wydłubują brud spod paznokci. Bardzo się wstydzę brudnych palców moich.Serce mi bije. Pojawia siępustwe mnie nieznana mi pusta przestrzeń między sercem a przeponą.
Nic nie rozumiem. Pytająmnie, dlaczego napisałem w bożnicy „niech żyje komuna”, a w dodatku jeszcze napisałem czymś ohydnym, jakim smarem cieknącym.
Ponieważ nic nie rozumiem, tylkowiemczuję raczej, że posądzają mnie o coś strasznego, o coś, czego nie zrobiłem, więc załamuję sięzaczynampłaczę. Jategoto naprawdę nie zrobiłem! Czy nie widzicie tego? Zajrzyjcie w moje oczy. One nie kłamią. Więc dlaczego mi nie wierzycie?
Ty jesteś parszywy. Odejdź, nie zaglądaj, to nie jest dla ciebie! Wyście zamordowalinaszego panajezusa chrystusa!
Mamo! Kto jest jezus chrystus i dlaczegośmy go zamordowali? Ja nie zamordowałem i Ty też nie, więc?
Moje dziecko, nie zadawaj się z gojami. Mogą Ci zrobić krzywdę. My jesteśmy inni, oni też. Są źli – trzeba ich unikać5.– Oberländer przeszedł drogę sztetlowego Żyda. Urodził się w Szczercu, położonym niedaleko Lwowa, a zmarł na emigracji w Nicei. Stąd pojawia się pytanie – czy był artystą bardziej awangardowym, czy może sztetlowym? Fryz Getto pozwala nam zrozumieć jego historię – i cofnąć się do Szczerca, do którego artysta często powracał. Był zaangażowany nie tylko w odzwierciedlanie Zagłady. Sam jej zresztą osobiście nie doświadczył. Wiemy, że jako jedyny przeżył ze swojej rodziny w Szczercu – zwraca uwagę kuratorka.
Sam Marek (Mordechaj) Oberländer określał rodzinne miasto jako „mikrokosmos polski” i miejsce, „w którym mieszają się wszystkie narodowości”. Jego rodzina sąsiadowała z mieszkańcami o pochodzeniu ukraińsko-niemieckim i rdzennie polskim. Jako młody człowiek pracował fizycznie. Miał silne poczucie odrębności przez pochodzenie i religię. A przez to, że posługiwał się językiem jidysz i słabo znał polski czy rosyjski, po wyjeździe ze Szczerca sporo problemów przysparzała mu komunikacja – rozmowy, pisanie. Teoretycznie nowa władza zapewniła mu możliwość rozwijania kariery, lecz komunizm odcisnął na nim głębokie piętno, bo przez wiele lat był ofiarą donosów. Po wyjeździe z kraju w latach 60. ubiegłego wieku na nowo doświadczał tej obcości – tym razem jako emigrant. A że nie wypracował wtedy odrębnego, własnego stylu artystycznego, czy może po prostu nie był postrzegany jako taki twórca – nie zrobił też za życia kariery w Europie Zachodniej. Dziś nie pamięta się nawet o wielu jego sukcesach jako artysty i kuratora, gdy przebywał po wojnie w Polsce.
– Dzięki tej publikacji odkrywamy Oberländera na nowo. Piotr Słodkowski przypomina też o jego aktywności kuratorskiej. Miał on zdolność łączenia różnych artystów, pokazywania wspólnie ich prac. To fascynujące, jak bardzo był zaangażowany w obchody upamiętniające powstanie w getcie warszawskim – szczególnie w przypadku dziesiątej rocznicy. Przygotowaną z tej okazji wystawę prezentował w różnych miejscach na świecie, w tym w Amsterdamie i Kopenhadze. Wiemy, że chciał na niej pokazać ewidencję związaną z Zagładą – zestawić swoje obrazy z fotografiami. Zostały one jednak uznane za zbyt drastyczne. Stąd widać, że jego potyczki jako kuratora były bardzo interesujące i pokazywały jego odwagę – mówi Romik.
Z książki można dowiedzieć się między innymi, że w latach 1956–1961 artysta kierował salonami wystawowymi pism „Po Prostu” (1956–1957), „Nowa Kultura” (1957–1959) i „Współczesność” (1960–1961), działającymi w foyer Teatru Żydowskiego. W samych publikacjach ukazywały się też reprodukcje jego prac. Słodkowski zwraca przy tym uwagę, że międzynarodowa działalność kuratorska była przez Oberländera prowadzona „w związku ze staraniami o podtrzymanie pamięci o żydowskim doświadczeniu wojny”6.
Z okazji prezentacji pracy artysty w Muzeum POLIN kuratorka przeprowadziła dyskusję z Piotrem Słodkowskim, Luizą Nader i Agatą Pietrasik, w której został podjęty między innymi temat wizualnej recepcji twórczości Oberländera oraz historia fryzu Getto. Rozmowa została zamieszczona online przez muzeum POLIN7.
- P. Słodkowski, Klimat odwilży. Obrazy Marka Oberländera, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2024, s. 98.
- Ibidem, s. 91.
- Ibidem, s. 59.
- Ibidem.
- Ibidem, s. 36.
- Ibidem, s. 86.
- Kadr cierpienia. Dyskusja ekspertów wokół fryzu „Getto” Marka Oberländera, https://www.youtube.com/watch?v=bFIcLMSjCBM&t=5s.



































